Rozdział I.
- Nathan! Wstawaj. - Głos dobiegał zza drzwi. - Już szósta!
- Ehh.. Daj mi pięć minut. - Krzyknąłem. - Zaraz do was dołączę.
Był to głos matki. Dziś pierwszy dzień szkoły. NOWEJ szkoły. Żadnego kolegi, znajomego. Żadnej koleżanki. NIKOGO. Lubiłem poznawać nowych ludzi. Nawet bardzo. Ale myśl, że mam ich poznać w nowej szkole przerażała mnie jak mało co.
Odkąd zabrakło ojca, matka stała się bardzo opiekuńcza. Bardziej niż kiedykolwiek. Raphel zawsze utrzymywał dyscyplinę. Był surowym ojcem ale mimo wszystko go kochaliśmy. Zginął w wypadku samochodowym dzień po moich trzynastych urodzinach. Nigdy nie mogłem się z nim dogadać, a on ze mną. Zawsze myślałem, że ktoś inny jest moim ojcem, chociaż podobieństwo było uderzające. Raphel od zawsze więcej uwagi poświęcał Vanessie. Była jego oczkiem w głowie, jak chyba każda córka, każdego ojca. Dla mnie był bardziej surowy niż dla niej. Może dlatego, że jestem chłopakiem? Nie wiem..
Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Poranek był słoneczny, niebo bezchmurne, wiał lekki wiatr. "A zapowiadali deszcze.." - pomyślałem. W oddali słychać było śpiew ptaków, gwar ulicy. Ludzie spieszyli się do pracy. "Tak jak wtedy, kiedy spieszył się Raphel...".
- Nathan! Śniadanie! - głos Alice był stłumiony. Dobiegał z dołu.
- Idę, już idę, mamo!
Wybiegłem z pokoju wprost do łazienki znajdującej się na drugim końcu korytarza. Oblałem twarz zimną wodą, aby się rozbudzić. W lusterku nad umywalką ujrzałem przystojnego, ciemnowłosego chłopaka. "Naprawdę jestem do niego podobny. - pomyślałem. - Te same kości policzkowe, rysy twarzy." Moje duże, brązowe oczy, okolone długimi rzęsami, były zaspane. Idealnie kontrastowały z blada cerą. Przeczesałem rozczochrane włosy ręką, wyszedłem z łazienki i ruszyłem na dół do kuchni, gdzie czekały na mnie Vanessa i Alice.
- Cześć siostra! - krzyknąłem wchodząc do kuchni. Przeszedłem koło niej i zmierzwiłem jej włosy.
- Jak widać jesteś dziś w dobrym humorze braciszku. - odparła poprawiając zniszczoną grzywkę.
- Spodziewałem się innego powitania. Cześć mamuś! - Podszedłem do Alice i ucałowałem ją w policzek. - Przepraszam, że tak długo czekałyście. Jak samopoczucie?
- Cześć synku. - Z uśmiechem odpowiedziała matka. - Nic się nie stało.
Jest bardzo podobna do Vanessy. Ten sam ciepły uśmiech, to samo uprzejme spojrzenie. "Jak widać ja odziedziczyłem wygląd po ojcu, a siostra po matce". - pomyślałem.
- Samopoczucie, pytasz? - Kontynuowała. - Bywało lepiej.
- Więcej optymizmu. - Mruknąłem. - Zawsze mogło być gorzej.
Zasiadłem do stołu na przeciwko Vanessy i zacząłem pałaszować śniadanie. Prawie zawsze rano matka robiła jajecznicę. Tak było i dziś, chociaż tym razem Alice przeszła samą siebie. Posiłek zniknął z mojego talerza w mgnieniu oka. Podziękowałem i odszedłem od stołu w kierunku pokoju, żeby przygotować się do szkoły. Mama z siostrą zostały w kuchni kończąc śniadanie i rozmawiając o tym, w czym Vany pójdzie na rozpoczęcie. Od śmierci ojca przeprowadziliśmy się do Nowego Jorku i Vanessa chciała pokazać się od jak najlepszej strony. Szczerze, nie dziwiłem się siostrze bo sam chciałem dobrze wyglądać. Gdy wszedłem do pokoju zauważyłem, że na szafce nocnej obok zegarka leży liścik. "Garnitur gotowy. Kierunek: łazienka. Mama!". Wziąłem jeszcze tylko telefon z szufladki i skierowałem się do łazienki. Faktycznie. Garnitur wisiał na wieszaku koło lustra. "Kiedy ona zdążyła go tu przynieść?" - pomyślałem. Zamknąłem drzwi, rozebrałem się i wskoczyłem pod prysznic. Stałem pod strumieniem ciepłej wody jakiś czas i myślałem o tym, co wydarzy się za niespełna dwie godziny. Moje mięśnie napięły się w styczności z cieczą. Woda otuliła moje nagie ciało tak, jak matka otula swoje dziecko kocykiem. Gdy wyszedłem spod prysznica, przeszedł mnie delikatny dreszcz. Woda kapała z mokrych włosów, ramion, nóg. W łazience zrobiła się sauna, jak zawsze po kąpieli. Zarzuciłem jeden ręcznik na bark, a drugim owinąłem się wokół bioder, żeby zakryć to co dostałem od Matki Natury. Uchyliłem delikatnie okno, żeby wpuścić trochę powietrza i pozbyć się wszechobecnej sauny. Gdy tylko to zrobiłem, usłyszałem pukanie do drzwi.
- Nathan, na litość boską! - To był głos Vanessy. - Zlituj się! Wyłaź już! Nie Ty jeden idziesz dzisiaj do szkoły! - Krzyczała podirytowana.
Vanessa Była starsza ode mnie o dwa lata. Wiadomo, jak to dziewczyna, potrzebowała więcej czasu na przygotowanie się do wyjścia. Jakieś DWA LATA więcej.
- Spokojnie siostra! - Odburknąłem. - Nie pali się! Zdążysz na pewno!
Potem usłyszałem tylko mocne stuknięcie w drzwi. "Pewnie w nie kopnęła." - pomyślałem. Nie myliłem się. Po drugiej stronie dało się słyszeć podirytowane warknięcie. Wysuszyłem szybko mokre ciało i wskoczyłem w garnitur. Myślałem, żeby zostawić liścik typu: "Zużyłem całą ciepła wodę. Nie musisz dziękować!", ale powstrzymałem się. Z nią lepiej nie zadzierać. Po za tym pewnie też jest poddenerwowana rozpoczęciem. Raz, gdy pewien mężczyzna ochlapał ją niechcący autem, wybiła mu tylną szybę i wrzeszczała, że ma jej odkupić kieckę.
Pośpieszyłem na dół, żeby pożegnać się z matką. Zastałem ją przy drzwiach wyjściowych z kubkiem kawy w ręce.
- Nie jedziesz ze mną samochodem? - Spytała widząc mnie gotowego do wyjścia.
- Nie. Dziś pojadę autobusem. - Odparłem. - Zawieź Vanessę. Po rozpoczęciu zadzwonię i będziesz mogła po mnie przyjechać.
- No dobrze. Trzymaj się tam.
- Okey. Cześć. - Podszedłem do niej i złożyłem pocałunek na jej policzku.
- Ehh.. Daj mi pięć minut. - Krzyknąłem. - Zaraz do was dołączę.
Był to głos matki. Dziś pierwszy dzień szkoły. NOWEJ szkoły. Żadnego kolegi, znajomego. Żadnej koleżanki. NIKOGO. Lubiłem poznawać nowych ludzi. Nawet bardzo. Ale myśl, że mam ich poznać w nowej szkole przerażała mnie jak mało co.
Odkąd zabrakło ojca, matka stała się bardzo opiekuńcza. Bardziej niż kiedykolwiek. Raphel zawsze utrzymywał dyscyplinę. Był surowym ojcem ale mimo wszystko go kochaliśmy. Zginął w wypadku samochodowym dzień po moich trzynastych urodzinach. Nigdy nie mogłem się z nim dogadać, a on ze mną. Zawsze myślałem, że ktoś inny jest moim ojcem, chociaż podobieństwo było uderzające. Raphel od zawsze więcej uwagi poświęcał Vanessie. Była jego oczkiem w głowie, jak chyba każda córka, każdego ojca. Dla mnie był bardziej surowy niż dla niej. Może dlatego, że jestem chłopakiem? Nie wiem..
Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Poranek był słoneczny, niebo bezchmurne, wiał lekki wiatr. "A zapowiadali deszcze.." - pomyślałem. W oddali słychać było śpiew ptaków, gwar ulicy. Ludzie spieszyli się do pracy. "Tak jak wtedy, kiedy spieszył się Raphel...".
- Nathan! Śniadanie! - głos Alice był stłumiony. Dobiegał z dołu.
- Idę, już idę, mamo!
Wybiegłem z pokoju wprost do łazienki znajdującej się na drugim końcu korytarza. Oblałem twarz zimną wodą, aby się rozbudzić. W lusterku nad umywalką ujrzałem przystojnego, ciemnowłosego chłopaka. "Naprawdę jestem do niego podobny. - pomyślałem. - Te same kości policzkowe, rysy twarzy." Moje duże, brązowe oczy, okolone długimi rzęsami, były zaspane. Idealnie kontrastowały z blada cerą. Przeczesałem rozczochrane włosy ręką, wyszedłem z łazienki i ruszyłem na dół do kuchni, gdzie czekały na mnie Vanessa i Alice.
- Cześć siostra! - krzyknąłem wchodząc do kuchni. Przeszedłem koło niej i zmierzwiłem jej włosy.
- Jak widać jesteś dziś w dobrym humorze braciszku. - odparła poprawiając zniszczoną grzywkę.
- Spodziewałem się innego powitania. Cześć mamuś! - Podszedłem do Alice i ucałowałem ją w policzek. - Przepraszam, że tak długo czekałyście. Jak samopoczucie?
- Cześć synku. - Z uśmiechem odpowiedziała matka. - Nic się nie stało.
Jest bardzo podobna do Vanessy. Ten sam ciepły uśmiech, to samo uprzejme spojrzenie. "Jak widać ja odziedziczyłem wygląd po ojcu, a siostra po matce". - pomyślałem.
- Samopoczucie, pytasz? - Kontynuowała. - Bywało lepiej.
- Więcej optymizmu. - Mruknąłem. - Zawsze mogło być gorzej.
Zasiadłem do stołu na przeciwko Vanessy i zacząłem pałaszować śniadanie. Prawie zawsze rano matka robiła jajecznicę. Tak było i dziś, chociaż tym razem Alice przeszła samą siebie. Posiłek zniknął z mojego talerza w mgnieniu oka. Podziękowałem i odszedłem od stołu w kierunku pokoju, żeby przygotować się do szkoły. Mama z siostrą zostały w kuchni kończąc śniadanie i rozmawiając o tym, w czym Vany pójdzie na rozpoczęcie. Od śmierci ojca przeprowadziliśmy się do Nowego Jorku i Vanessa chciała pokazać się od jak najlepszej strony. Szczerze, nie dziwiłem się siostrze bo sam chciałem dobrze wyglądać. Gdy wszedłem do pokoju zauważyłem, że na szafce nocnej obok zegarka leży liścik. "Garnitur gotowy. Kierunek: łazienka. Mama!". Wziąłem jeszcze tylko telefon z szufladki i skierowałem się do łazienki. Faktycznie. Garnitur wisiał na wieszaku koło lustra. "Kiedy ona zdążyła go tu przynieść?" - pomyślałem. Zamknąłem drzwi, rozebrałem się i wskoczyłem pod prysznic. Stałem pod strumieniem ciepłej wody jakiś czas i myślałem o tym, co wydarzy się za niespełna dwie godziny. Moje mięśnie napięły się w styczności z cieczą. Woda otuliła moje nagie ciało tak, jak matka otula swoje dziecko kocykiem. Gdy wyszedłem spod prysznica, przeszedł mnie delikatny dreszcz. Woda kapała z mokrych włosów, ramion, nóg. W łazience zrobiła się sauna, jak zawsze po kąpieli. Zarzuciłem jeden ręcznik na bark, a drugim owinąłem się wokół bioder, żeby zakryć to co dostałem od Matki Natury. Uchyliłem delikatnie okno, żeby wpuścić trochę powietrza i pozbyć się wszechobecnej sauny. Gdy tylko to zrobiłem, usłyszałem pukanie do drzwi.
- Nathan, na litość boską! - To był głos Vanessy. - Zlituj się! Wyłaź już! Nie Ty jeden idziesz dzisiaj do szkoły! - Krzyczała podirytowana.
Vanessa Była starsza ode mnie o dwa lata. Wiadomo, jak to dziewczyna, potrzebowała więcej czasu na przygotowanie się do wyjścia. Jakieś DWA LATA więcej.
- Spokojnie siostra! - Odburknąłem. - Nie pali się! Zdążysz na pewno!
Potem usłyszałem tylko mocne stuknięcie w drzwi. "Pewnie w nie kopnęła." - pomyślałem. Nie myliłem się. Po drugiej stronie dało się słyszeć podirytowane warknięcie. Wysuszyłem szybko mokre ciało i wskoczyłem w garnitur. Myślałem, żeby zostawić liścik typu: "Zużyłem całą ciepła wodę. Nie musisz dziękować!", ale powstrzymałem się. Z nią lepiej nie zadzierać. Po za tym pewnie też jest poddenerwowana rozpoczęciem. Raz, gdy pewien mężczyzna ochlapał ją niechcący autem, wybiła mu tylną szybę i wrzeszczała, że ma jej odkupić kieckę.
Pośpieszyłem na dół, żeby pożegnać się z matką. Zastałem ją przy drzwiach wyjściowych z kubkiem kawy w ręce.
- Nie jedziesz ze mną samochodem? - Spytała widząc mnie gotowego do wyjścia.
- Nie. Dziś pojadę autobusem. - Odparłem. - Zawieź Vanessę. Po rozpoczęciu zadzwonię i będziesz mogła po mnie przyjechać.
- No dobrze. Trzymaj się tam.
- Okey. Cześć. - Podszedłem do niej i złożyłem pocałunek na jej policzku.
Wyszedłem z domu i pomachałem jej jeszcze na pożegnanie a ona odwzajemniła gest. Było dość ciepło, więc ściągnąłem marynarkę i zarzuciłem ją sobie na ramię. Na przystanku była masa ludzi, jak zawsze z rana. Tak szczerze to bałem się rozpoczęcia. Wiedziałem tylko, że szkoła mieści się przy ulicy Green Street 21. Wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić godzinę. Siódma czterdzieści. Jeszcze dziesięć minut. Schowałem telefon do kieszeni i w tym momencie weszła we mnie ciemnowłosa dziewczyna.
- Jezu! Przepraszam. - Wyjąkała. - Nie zauważyłam cię. - Nic nie szkodzi. - odparłem. - Przecież mam tylko metr osiemdziesiąt wzrostu. Trudno mnie dostrzec.
- Bardzo śmieszne. - odpowiedziała z uśmiechem na ustach. - Jestem Editha.
- Miło mi cię poznać Editho. Nathan. - Wyciągnąłem rękę w jej stronę. Zrobiła to samo. Jej dłoń była gładka w dotyku.
- Idziesz do szkoły na Green Street 21? - zapytała po chwili.
- Tak.
- Ooo.. Możliwe, że będziemy razem w klasie.
- Byłoby miło.
W jej głosie było coś znajomego. A może mi się tylko przesłyszało.
Editha była niską, zgrabną dziewczyną. Lekki makijaż podkreślał jej duże oczy, koloru wiosennej trawy. Cerę miała o odcień ciemniejszą od mojej. Ubrana była w ciemną sukienkę sięgającą do kolan i tego samego koloru koturny.
- Ładnie wyglądasz. - Powiedzieliśmy jednocześnie i zaczęliśmy się śmiać.
To były ostatnie słowa jakie wypowiedzieliśmy przed przyjazdem autobusu.
*****
- Nadal nie odbiera. - Odpowiedziałem.
Siedziałem na ławce przed szkołą wraz z Margaret Arrow, Connie Mc'Auer, Kornelem Cullen'em i Emilly Crux, poznanymi osobami z mojej nowej klasy. Rozpoczęcie się skończyło i próbowałem dodzwonić się do mamy, żeby powiedzieć, że nie musi przyjeżdżać. Rzecz w tym, że nie odbierała.
- No nic, napisze jej SMS'a. - Mruknąłem. - Dziwi mnie jedno.. Dlaczego nie odbiera?
- Oj nie martw się. - Rzuciła Emilly. - Na pewno jest zajęta. Mówiłeś, że odwiozła Vanessę do szkoły. Może musiała jeszcze coś załatwić. - Dodała pocieszająco.
- Może i masz rację? - Odparłem.
- Pewnie, że mam.
- To co ludzie? Idziemy uczcić początek roku? - Zaproponował Kornel.
- Ja nie piję... - Zacząłem.
- Czy ja mówiłem coś o piciu? - Dodał z uśmiechem. - Idziemy na pizze głąbie. - Podszedł i zmierzwił mi włosy.
- Hahaha.. Zabawne. Też myślałyśmy o alko. - Dodały dziewczyny.
- Wy tylko o jednym. - Rzucił Cullen.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem i ruszyliśmy do bramy wyjściowej znajdującej się naprzeciwko wejścia do szkoły. Gdy mieliśmy już przez nią przejść, usłyszeliśmy głos zza pleców, wykrzykujący moje imię. Odwróciłem się i ujrzałem znajome zielone oczy.
- Ooo, cześć Editha. - Powiedziałem, gdy dotarła do nas zdyszana.
- Cześć.. - odpowiedziała. - Jestem Editha. Będę chodziła do klasy równoległej. - Zwróciła się do pozostałych.
- Hey. Jestem Margaret. To Kornel, Emilly, Connie i Nathan.
- Wiem, poznaliśmy się już wcześniej. - Odparła.
- Editha Limaker, tak? - Wtrąciła Connie.
- Zgadza się. - rzuciła z uśmiechem.
- Dołączysz do nas? - Spytał Kornel. - Idziemy świętować rozpoczęcie.
- Z miła chęcią, ale nie piję.
- Haha.. Co wy macie z tym piciem? Spokojnie Editho, nikt z nas nie pije. Tuż za rogiem jest restauracja, w której podają genialne pizze. Oczywiście ja stawiam. - Dodał po chwili z uśmiechem.
- Hehe. W takim razie się skuszę.
Po tych słowach wszyscy ruszyliśmy w stronę knajpy...
- Editha Limaker, tak? - Wtrąciła Connie.
- Zgadza się. - rzuciła z uśmiechem.
- Dołączysz do nas? - Spytał Kornel. - Idziemy świętować rozpoczęcie.
- Z miła chęcią, ale nie piję.
- Haha.. Co wy macie z tym piciem? Spokojnie Editho, nikt z nas nie pije. Tuż za rogiem jest restauracja, w której podają genialne pizze. Oczywiście ja stawiam. - Dodał po chwili z uśmiechem.
- Hehe. W takim razie się skuszę.
Po tych słowach wszyscy ruszyliśmy w stronę knajpy...
________________________
Uff.. W końcu pierwszy rozdział za nami. Resztę będę dodawał jakoś co tydzień bo nowa szkoła i nie wiem czy wyrobię. :D No nic uciekam Misiaki. ;* Miłej soboty, przy mojej lekturze. ! :D ;*
Pozdrawiam. Sousuke.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz