Witam!
Dawno nikogo nie było dlatego chciałabym, chociaż troszeczkę, to wytłumaczyć. :)
Z powodu rozpoczęcia się szkoły byliśmy bardzo zawaleni materiałem. :D
Zresztą.. wierze, że rozumiecie to z powodu własnych doświadczeń.
Czasami jak wróciłam do domu o 16 (od 6 lub 5 na nogach) to po zrobieniu zadań itp. już o 20 szłam spać bo byłam taka padnięta. Dlatego przepraszam, ale do napisania czegoś już nie miałam głowy.
Na szczęście już zaczęliśmy drugi miesiąc szkoły i mam nadzieję, że się trochę ustabilizuje, dlatego naprawdę mocno postaram się, żeby już w tę niedzielę coś się pojawiło ;)
Pozdrawiam
Shiroxx
Translate
wtorek, 6 października 2015
sobota, 12 września 2015
"Naznaczony" rozdział 1
Rozdział I.
- Nathan! Wstawaj. - Głos dobiegał zza drzwi. - Już szósta!
- Ehh.. Daj mi pięć minut. - Krzyknąłem. - Zaraz do was dołączę.
Był to głos matki. Dziś pierwszy dzień szkoły. NOWEJ szkoły. Żadnego kolegi, znajomego. Żadnej koleżanki. NIKOGO. Lubiłem poznawać nowych ludzi. Nawet bardzo. Ale myśl, że mam ich poznać w nowej szkole przerażała mnie jak mało co.
Odkąd zabrakło ojca, matka stała się bardzo opiekuńcza. Bardziej niż kiedykolwiek. Raphel zawsze utrzymywał dyscyplinę. Był surowym ojcem ale mimo wszystko go kochaliśmy. Zginął w wypadku samochodowym dzień po moich trzynastych urodzinach. Nigdy nie mogłem się z nim dogadać, a on ze mną. Zawsze myślałem, że ktoś inny jest moim ojcem, chociaż podobieństwo było uderzające. Raphel od zawsze więcej uwagi poświęcał Vanessie. Była jego oczkiem w głowie, jak chyba każda córka, każdego ojca. Dla mnie był bardziej surowy niż dla niej. Może dlatego, że jestem chłopakiem? Nie wiem..
Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Poranek był słoneczny, niebo bezchmurne, wiał lekki wiatr. "A zapowiadali deszcze.." - pomyślałem. W oddali słychać było śpiew ptaków, gwar ulicy. Ludzie spieszyli się do pracy. "Tak jak wtedy, kiedy spieszył się Raphel...".
- Nathan! Śniadanie! - głos Alice był stłumiony. Dobiegał z dołu.
- Idę, już idę, mamo!
Wybiegłem z pokoju wprost do łazienki znajdującej się na drugim końcu korytarza. Oblałem twarz zimną wodą, aby się rozbudzić. W lusterku nad umywalką ujrzałem przystojnego, ciemnowłosego chłopaka. "Naprawdę jestem do niego podobny. - pomyślałem. - Te same kości policzkowe, rysy twarzy." Moje duże, brązowe oczy, okolone długimi rzęsami, były zaspane. Idealnie kontrastowały z blada cerą. Przeczesałem rozczochrane włosy ręką, wyszedłem z łazienki i ruszyłem na dół do kuchni, gdzie czekały na mnie Vanessa i Alice.
- Cześć siostra! - krzyknąłem wchodząc do kuchni. Przeszedłem koło niej i zmierzwiłem jej włosy.
- Jak widać jesteś dziś w dobrym humorze braciszku. - odparła poprawiając zniszczoną grzywkę.
- Spodziewałem się innego powitania. Cześć mamuś! - Podszedłem do Alice i ucałowałem ją w policzek. - Przepraszam, że tak długo czekałyście. Jak samopoczucie?
- Cześć synku. - Z uśmiechem odpowiedziała matka. - Nic się nie stało.
Jest bardzo podobna do Vanessy. Ten sam ciepły uśmiech, to samo uprzejme spojrzenie. "Jak widać ja odziedziczyłem wygląd po ojcu, a siostra po matce". - pomyślałem.
- Samopoczucie, pytasz? - Kontynuowała. - Bywało lepiej.
- Więcej optymizmu. - Mruknąłem. - Zawsze mogło być gorzej.
Zasiadłem do stołu na przeciwko Vanessy i zacząłem pałaszować śniadanie. Prawie zawsze rano matka robiła jajecznicę. Tak było i dziś, chociaż tym razem Alice przeszła samą siebie. Posiłek zniknął z mojego talerza w mgnieniu oka. Podziękowałem i odszedłem od stołu w kierunku pokoju, żeby przygotować się do szkoły. Mama z siostrą zostały w kuchni kończąc śniadanie i rozmawiając o tym, w czym Vany pójdzie na rozpoczęcie. Od śmierci ojca przeprowadziliśmy się do Nowego Jorku i Vanessa chciała pokazać się od jak najlepszej strony. Szczerze, nie dziwiłem się siostrze bo sam chciałem dobrze wyglądać. Gdy wszedłem do pokoju zauważyłem, że na szafce nocnej obok zegarka leży liścik. "Garnitur gotowy. Kierunek: łazienka. Mama!". Wziąłem jeszcze tylko telefon z szufladki i skierowałem się do łazienki. Faktycznie. Garnitur wisiał na wieszaku koło lustra. "Kiedy ona zdążyła go tu przynieść?" - pomyślałem. Zamknąłem drzwi, rozebrałem się i wskoczyłem pod prysznic. Stałem pod strumieniem ciepłej wody jakiś czas i myślałem o tym, co wydarzy się za niespełna dwie godziny. Moje mięśnie napięły się w styczności z cieczą. Woda otuliła moje nagie ciało tak, jak matka otula swoje dziecko kocykiem. Gdy wyszedłem spod prysznica, przeszedł mnie delikatny dreszcz. Woda kapała z mokrych włosów, ramion, nóg. W łazience zrobiła się sauna, jak zawsze po kąpieli. Zarzuciłem jeden ręcznik na bark, a drugim owinąłem się wokół bioder, żeby zakryć to co dostałem od Matki Natury. Uchyliłem delikatnie okno, żeby wpuścić trochę powietrza i pozbyć się wszechobecnej sauny. Gdy tylko to zrobiłem, usłyszałem pukanie do drzwi.
- Nathan, na litość boską! - To był głos Vanessy. - Zlituj się! Wyłaź już! Nie Ty jeden idziesz dzisiaj do szkoły! - Krzyczała podirytowana.
Vanessa Była starsza ode mnie o dwa lata. Wiadomo, jak to dziewczyna, potrzebowała więcej czasu na przygotowanie się do wyjścia. Jakieś DWA LATA więcej.
- Spokojnie siostra! - Odburknąłem. - Nie pali się! Zdążysz na pewno!
Potem usłyszałem tylko mocne stuknięcie w drzwi. "Pewnie w nie kopnęła." - pomyślałem. Nie myliłem się. Po drugiej stronie dało się słyszeć podirytowane warknięcie. Wysuszyłem szybko mokre ciało i wskoczyłem w garnitur. Myślałem, żeby zostawić liścik typu: "Zużyłem całą ciepła wodę. Nie musisz dziękować!", ale powstrzymałem się. Z nią lepiej nie zadzierać. Po za tym pewnie też jest poddenerwowana rozpoczęciem. Raz, gdy pewien mężczyzna ochlapał ją niechcący autem, wybiła mu tylną szybę i wrzeszczała, że ma jej odkupić kieckę.
Pośpieszyłem na dół, żeby pożegnać się z matką. Zastałem ją przy drzwiach wyjściowych z kubkiem kawy w ręce.
- Nie jedziesz ze mną samochodem? - Spytała widząc mnie gotowego do wyjścia.
- Nie. Dziś pojadę autobusem. - Odparłem. - Zawieź Vanessę. Po rozpoczęciu zadzwonię i będziesz mogła po mnie przyjechać.
- No dobrze. Trzymaj się tam.
- Okey. Cześć. - Podszedłem do niej i złożyłem pocałunek na jej policzku.
- Ehh.. Daj mi pięć minut. - Krzyknąłem. - Zaraz do was dołączę.
Był to głos matki. Dziś pierwszy dzień szkoły. NOWEJ szkoły. Żadnego kolegi, znajomego. Żadnej koleżanki. NIKOGO. Lubiłem poznawać nowych ludzi. Nawet bardzo. Ale myśl, że mam ich poznać w nowej szkole przerażała mnie jak mało co.
Odkąd zabrakło ojca, matka stała się bardzo opiekuńcza. Bardziej niż kiedykolwiek. Raphel zawsze utrzymywał dyscyplinę. Był surowym ojcem ale mimo wszystko go kochaliśmy. Zginął w wypadku samochodowym dzień po moich trzynastych urodzinach. Nigdy nie mogłem się z nim dogadać, a on ze mną. Zawsze myślałem, że ktoś inny jest moim ojcem, chociaż podobieństwo było uderzające. Raphel od zawsze więcej uwagi poświęcał Vanessie. Była jego oczkiem w głowie, jak chyba każda córka, każdego ojca. Dla mnie był bardziej surowy niż dla niej. Może dlatego, że jestem chłopakiem? Nie wiem..
Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Poranek był słoneczny, niebo bezchmurne, wiał lekki wiatr. "A zapowiadali deszcze.." - pomyślałem. W oddali słychać było śpiew ptaków, gwar ulicy. Ludzie spieszyli się do pracy. "Tak jak wtedy, kiedy spieszył się Raphel...".
- Nathan! Śniadanie! - głos Alice był stłumiony. Dobiegał z dołu.
- Idę, już idę, mamo!
Wybiegłem z pokoju wprost do łazienki znajdującej się na drugim końcu korytarza. Oblałem twarz zimną wodą, aby się rozbudzić. W lusterku nad umywalką ujrzałem przystojnego, ciemnowłosego chłopaka. "Naprawdę jestem do niego podobny. - pomyślałem. - Te same kości policzkowe, rysy twarzy." Moje duże, brązowe oczy, okolone długimi rzęsami, były zaspane. Idealnie kontrastowały z blada cerą. Przeczesałem rozczochrane włosy ręką, wyszedłem z łazienki i ruszyłem na dół do kuchni, gdzie czekały na mnie Vanessa i Alice.
- Cześć siostra! - krzyknąłem wchodząc do kuchni. Przeszedłem koło niej i zmierzwiłem jej włosy.
- Jak widać jesteś dziś w dobrym humorze braciszku. - odparła poprawiając zniszczoną grzywkę.
- Spodziewałem się innego powitania. Cześć mamuś! - Podszedłem do Alice i ucałowałem ją w policzek. - Przepraszam, że tak długo czekałyście. Jak samopoczucie?
- Cześć synku. - Z uśmiechem odpowiedziała matka. - Nic się nie stało.
Jest bardzo podobna do Vanessy. Ten sam ciepły uśmiech, to samo uprzejme spojrzenie. "Jak widać ja odziedziczyłem wygląd po ojcu, a siostra po matce". - pomyślałem.
- Samopoczucie, pytasz? - Kontynuowała. - Bywało lepiej.
- Więcej optymizmu. - Mruknąłem. - Zawsze mogło być gorzej.
Zasiadłem do stołu na przeciwko Vanessy i zacząłem pałaszować śniadanie. Prawie zawsze rano matka robiła jajecznicę. Tak było i dziś, chociaż tym razem Alice przeszła samą siebie. Posiłek zniknął z mojego talerza w mgnieniu oka. Podziękowałem i odszedłem od stołu w kierunku pokoju, żeby przygotować się do szkoły. Mama z siostrą zostały w kuchni kończąc śniadanie i rozmawiając o tym, w czym Vany pójdzie na rozpoczęcie. Od śmierci ojca przeprowadziliśmy się do Nowego Jorku i Vanessa chciała pokazać się od jak najlepszej strony. Szczerze, nie dziwiłem się siostrze bo sam chciałem dobrze wyglądać. Gdy wszedłem do pokoju zauważyłem, że na szafce nocnej obok zegarka leży liścik. "Garnitur gotowy. Kierunek: łazienka. Mama!". Wziąłem jeszcze tylko telefon z szufladki i skierowałem się do łazienki. Faktycznie. Garnitur wisiał na wieszaku koło lustra. "Kiedy ona zdążyła go tu przynieść?" - pomyślałem. Zamknąłem drzwi, rozebrałem się i wskoczyłem pod prysznic. Stałem pod strumieniem ciepłej wody jakiś czas i myślałem o tym, co wydarzy się za niespełna dwie godziny. Moje mięśnie napięły się w styczności z cieczą. Woda otuliła moje nagie ciało tak, jak matka otula swoje dziecko kocykiem. Gdy wyszedłem spod prysznica, przeszedł mnie delikatny dreszcz. Woda kapała z mokrych włosów, ramion, nóg. W łazience zrobiła się sauna, jak zawsze po kąpieli. Zarzuciłem jeden ręcznik na bark, a drugim owinąłem się wokół bioder, żeby zakryć to co dostałem od Matki Natury. Uchyliłem delikatnie okno, żeby wpuścić trochę powietrza i pozbyć się wszechobecnej sauny. Gdy tylko to zrobiłem, usłyszałem pukanie do drzwi.
- Nathan, na litość boską! - To był głos Vanessy. - Zlituj się! Wyłaź już! Nie Ty jeden idziesz dzisiaj do szkoły! - Krzyczała podirytowana.
Vanessa Była starsza ode mnie o dwa lata. Wiadomo, jak to dziewczyna, potrzebowała więcej czasu na przygotowanie się do wyjścia. Jakieś DWA LATA więcej.
- Spokojnie siostra! - Odburknąłem. - Nie pali się! Zdążysz na pewno!
Potem usłyszałem tylko mocne stuknięcie w drzwi. "Pewnie w nie kopnęła." - pomyślałem. Nie myliłem się. Po drugiej stronie dało się słyszeć podirytowane warknięcie. Wysuszyłem szybko mokre ciało i wskoczyłem w garnitur. Myślałem, żeby zostawić liścik typu: "Zużyłem całą ciepła wodę. Nie musisz dziękować!", ale powstrzymałem się. Z nią lepiej nie zadzierać. Po za tym pewnie też jest poddenerwowana rozpoczęciem. Raz, gdy pewien mężczyzna ochlapał ją niechcący autem, wybiła mu tylną szybę i wrzeszczała, że ma jej odkupić kieckę.
Pośpieszyłem na dół, żeby pożegnać się z matką. Zastałem ją przy drzwiach wyjściowych z kubkiem kawy w ręce.
- Nie jedziesz ze mną samochodem? - Spytała widząc mnie gotowego do wyjścia.
- Nie. Dziś pojadę autobusem. - Odparłem. - Zawieź Vanessę. Po rozpoczęciu zadzwonię i będziesz mogła po mnie przyjechać.
- No dobrze. Trzymaj się tam.
- Okey. Cześć. - Podszedłem do niej i złożyłem pocałunek na jej policzku.
Wyszedłem z domu i pomachałem jej jeszcze na pożegnanie a ona odwzajemniła gest. Było dość ciepło, więc ściągnąłem marynarkę i zarzuciłem ją sobie na ramię. Na przystanku była masa ludzi, jak zawsze z rana. Tak szczerze to bałem się rozpoczęcia. Wiedziałem tylko, że szkoła mieści się przy ulicy Green Street 21. Wyciągnąłem telefon, żeby sprawdzić godzinę. Siódma czterdzieści. Jeszcze dziesięć minut. Schowałem telefon do kieszeni i w tym momencie weszła we mnie ciemnowłosa dziewczyna.
- Jezu! Przepraszam. - Wyjąkała. - Nie zauważyłam cię. - Nic nie szkodzi. - odparłem. - Przecież mam tylko metr osiemdziesiąt wzrostu. Trudno mnie dostrzec.
- Bardzo śmieszne. - odpowiedziała z uśmiechem na ustach. - Jestem Editha.
- Miło mi cię poznać Editho. Nathan. - Wyciągnąłem rękę w jej stronę. Zrobiła to samo. Jej dłoń była gładka w dotyku.
- Idziesz do szkoły na Green Street 21? - zapytała po chwili.
- Tak.
- Ooo.. Możliwe, że będziemy razem w klasie.
- Byłoby miło.
W jej głosie było coś znajomego. A może mi się tylko przesłyszało.
Editha była niską, zgrabną dziewczyną. Lekki makijaż podkreślał jej duże oczy, koloru wiosennej trawy. Cerę miała o odcień ciemniejszą od mojej. Ubrana była w ciemną sukienkę sięgającą do kolan i tego samego koloru koturny.
- Ładnie wyglądasz. - Powiedzieliśmy jednocześnie i zaczęliśmy się śmiać.
To były ostatnie słowa jakie wypowiedzieliśmy przed przyjazdem autobusu.
*****
- Nadal nie odbiera. - Odpowiedziałem.
Siedziałem na ławce przed szkołą wraz z Margaret Arrow, Connie Mc'Auer, Kornelem Cullen'em i Emilly Crux, poznanymi osobami z mojej nowej klasy. Rozpoczęcie się skończyło i próbowałem dodzwonić się do mamy, żeby powiedzieć, że nie musi przyjeżdżać. Rzecz w tym, że nie odbierała.
- No nic, napisze jej SMS'a. - Mruknąłem. - Dziwi mnie jedno.. Dlaczego nie odbiera?
- Oj nie martw się. - Rzuciła Emilly. - Na pewno jest zajęta. Mówiłeś, że odwiozła Vanessę do szkoły. Może musiała jeszcze coś załatwić. - Dodała pocieszająco.
- Może i masz rację? - Odparłem.
- Pewnie, że mam.
- To co ludzie? Idziemy uczcić początek roku? - Zaproponował Kornel.
- Ja nie piję... - Zacząłem.
- Czy ja mówiłem coś o piciu? - Dodał z uśmiechem. - Idziemy na pizze głąbie. - Podszedł i zmierzwił mi włosy.
- Hahaha.. Zabawne. Też myślałyśmy o alko. - Dodały dziewczyny.
- Wy tylko o jednym. - Rzucił Cullen.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem i ruszyliśmy do bramy wyjściowej znajdującej się naprzeciwko wejścia do szkoły. Gdy mieliśmy już przez nią przejść, usłyszeliśmy głos zza pleców, wykrzykujący moje imię. Odwróciłem się i ujrzałem znajome zielone oczy.
- Ooo, cześć Editha. - Powiedziałem, gdy dotarła do nas zdyszana.
- Cześć.. - odpowiedziała. - Jestem Editha. Będę chodziła do klasy równoległej. - Zwróciła się do pozostałych.
- Hey. Jestem Margaret. To Kornel, Emilly, Connie i Nathan.
- Wiem, poznaliśmy się już wcześniej. - Odparła.
- Editha Limaker, tak? - Wtrąciła Connie.
- Zgadza się. - rzuciła z uśmiechem.
- Dołączysz do nas? - Spytał Kornel. - Idziemy świętować rozpoczęcie.
- Z miła chęcią, ale nie piję.
- Haha.. Co wy macie z tym piciem? Spokojnie Editho, nikt z nas nie pije. Tuż za rogiem jest restauracja, w której podają genialne pizze. Oczywiście ja stawiam. - Dodał po chwili z uśmiechem.
- Hehe. W takim razie się skuszę.
Po tych słowach wszyscy ruszyliśmy w stronę knajpy...
- Editha Limaker, tak? - Wtrąciła Connie.
- Zgadza się. - rzuciła z uśmiechem.
- Dołączysz do nas? - Spytał Kornel. - Idziemy świętować rozpoczęcie.
- Z miła chęcią, ale nie piję.
- Haha.. Co wy macie z tym piciem? Spokojnie Editho, nikt z nas nie pije. Tuż za rogiem jest restauracja, w której podają genialne pizze. Oczywiście ja stawiam. - Dodał po chwili z uśmiechem.
- Hehe. W takim razie się skuszę.
Po tych słowach wszyscy ruszyliśmy w stronę knajpy...
________________________
Uff.. W końcu pierwszy rozdział za nami. Resztę będę dodawał jakoś co tydzień bo nowa szkoła i nie wiem czy wyrobię. :D No nic uciekam Misiaki. ;* Miłej soboty, przy mojej lekturze. ! :D ;*
Pozdrawiam. Sousuke.
czwartek, 10 września 2015
»prorok codzienny« początek szkoły
Hejka!!
Wiem, że długo nic nie było. Wiem też, że obiecałam drugą część recenzji. I powiem Wam, że nawet jest ona już w połowie napisana, ale z pewnych powodów musiałam przerwać pisanie. No, a potem zaczęła się szkoła. Szczerze mówiąc już mam jej dość. Nie wiem jak Wy, ale tęsknię za wakacjami :D Przynajmniej nowa klasa jest fajna.
A skoro już mówimy o szkole, to jak u Was z planami lekcji?
U mnie okropnie.. trzy razy w tygodniu mam na siódmą i tylko dwa razy na ósmą :(
Za to dwa razy w tygodniu kończę o 12.30, a ostatni raz miałam tak jeszcze w podstawówce.
Pogoda też w sumie okropna.. Już się przeziębiłam. Katar mnie powoli zabija :D
Jak teraz to czytam to widzę, że wyszło całkiem co innego niż to co miałam w planach wchodząc tu :) Ostatnio w ogóle plany mi nie wychodzą. Może w ogóle przestanę planować, bo chyba na lepsze mi to wyjdzie ;) W tym tyg. dwa razy zaplanowałam sobie dzień (w tym dzisiaj) i jak zawsze wygląda to tak samo -szkoła~dom- to akurat przy zaplanowanym dniu wypadły jakieś sytuacje, których w ogóle się nie spodziewałam i zniszczyły mi te plany.
Oki. Koniec tego paplania (całkiem dołującego jak zauważyłam). Nie napisałam tego co zamierzałam, ale będzie jeszcze okazja. Mamy czas :D
Jeszcze krótka informacja ode mnie.
Nazywam się Shiroxx vel Shiroxes vel Shiroxx99 vel Shiroxx X.
Którakolwiek z tych nazw spotkana gdzieś, a dodatkowo jak jeszcze z taką profilówką (po prawej) to raczej na pewno ja. Także więc nie wahajcie się wtedy do mnie pisać, postaram się odpowiedzieć ;)
Na koniec dam Wam do odsłuchania jeszcze taką jedną nutkę. Zespół rockowy, ale ta piosenka jest spokojna. Mogłabym jej słuchać cały czas, bo strasznie mi się podoba. :D
Shiroxx
Wiem, że długo nic nie było. Wiem też, że obiecałam drugą część recenzji. I powiem Wam, że nawet jest ona już w połowie napisana, ale z pewnych powodów musiałam przerwać pisanie. No, a potem zaczęła się szkoła. Szczerze mówiąc już mam jej dość. Nie wiem jak Wy, ale tęsknię za wakacjami :D Przynajmniej nowa klasa jest fajna.
A skoro już mówimy o szkole, to jak u Was z planami lekcji?
U mnie okropnie.. trzy razy w tygodniu mam na siódmą i tylko dwa razy na ósmą :(
Za to dwa razy w tygodniu kończę o 12.30, a ostatni raz miałam tak jeszcze w podstawówce.
Pogoda też w sumie okropna.. Już się przeziębiłam. Katar mnie powoli zabija :D
Jak teraz to czytam to widzę, że wyszło całkiem co innego niż to co miałam w planach wchodząc tu :) Ostatnio w ogóle plany mi nie wychodzą. Może w ogóle przestanę planować, bo chyba na lepsze mi to wyjdzie ;) W tym tyg. dwa razy zaplanowałam sobie dzień (w tym dzisiaj) i jak zawsze wygląda to tak samo -szkoła~dom- to akurat przy zaplanowanym dniu wypadły jakieś sytuacje, których w ogóle się nie spodziewałam i zniszczyły mi te plany.
Oki. Koniec tego paplania (całkiem dołującego jak zauważyłam). Nie napisałam tego co zamierzałam, ale będzie jeszcze okazja. Mamy czas :D Jeszcze krótka informacja ode mnie.
Nazywam się Shiroxx vel Shiroxes vel Shiroxx99 vel Shiroxx X.
Którakolwiek z tych nazw spotkana gdzieś, a dodatkowo jak jeszcze z taką profilówką (po prawej) to raczej na pewno ja. Także więc nie wahajcie się wtedy do mnie pisać, postaram się odpowiedzieć ;)
Na koniec dam Wam do odsłuchania jeszcze taką jedną nutkę. Zespół rockowy, ale ta piosenka jest spokojna. Mogłabym jej słuchać cały czas, bo strasznie mi się podoba. :D
Shiroxx
niedziela, 23 sierpnia 2015
tom 2 cz.1 manga "Oblubienica czarnoksiężnika"
Hejka!!
I to by było na tyle, bo nie mam pojęcia co napisać. Napisałam, że będę pisać regularnie i tego nie zrobiłam. Mogłabym przepraszać, ale raczej nic to nie da, więc zamiast tego przejdę od razu do tematu posta. Nasza oblubienica. Tom drugi jest dostępny już od jakiegoś czasu. Ja też kupiłam go dość dawno, ale z powodu pewnych okoliczności nie mogłam Wam nic napisać.
Poprzednia część zakończyła się w momencie, gdy naszą piętnastoletnią Slay Vegę zaatakował Lenfred wraz ze swoim uczniem.
Już od pierwszej strony mamy nowe pojęcia. W tym przypadku Pilum Moralis. Co lub kto to jest? Nie wiem, ale nazwany tak został Elias. Dowiadujemy się też, że tajemniczy Lenfred jest sztukmistrzem. A żeby nie przeciągać i już w pierwszych stronach zafundować nam dużą dawkę informacji, mamy kolejną wiadomość, którą jest bardzo krótki żywot naszej małej Chise.
No ale czarnoksiężnik chyba nie da jej tak szybko umrzeć, nie? żeby się tego dowiedzieć musimy iść dalej. Uczeń Lenfreda tłumaczy nam na czym polega moc Slay Vegi, absorbują i wykorzystują bardzo dużą ilość mocy przez co ich ciała nie wytrzymują obciążenia i wszystkie funkcje życiowe zamierają. W każdym razie dzięki temu, że Chise się oswobodziła z ramion sztukmistrza, Elias mógł za pomocą swoich cienistych cierni ją uratować. Nie zwracając uwagi na gości, czarnoksiężnik wysyła Slay Vegę, aby dokonała rytuału oczyszczenia. I w końcu wpadamy w wspomnienia skażenia. Pierwsze co w nim widzimy to mężczyzna, który jest głównym problemem kotów. Jego żona jest słabego zdrowia, a on szukając dla niej lekarstwa, zwraca się do nieznanego, wędrownego sztukmistrza. Sama nie wiem czy to było mądre z jego strony, no ale szukał pomocy wszędzie, więc nie zwracał na to uwagi. Właśnie od niego Matthew dowiaduje się, że jest tylko jedno lekarstwo. Poważnie, żeby tak łatwo zaufać nieznajomemu. Jego żona Mina pewnego dnia go szukała, a mieszkańcy wioski wskazali jej las gdzie znalazła chatkę, a widząc tam siekierę swojego męża weszła do środka. To co tam zobaczyła.. wielu by przeraziło. Martwe koty. Przyznajcie się. ile z was pomyślało z czego mogło być to lekarstwo? Widocznie Matthew posunie się do wszystkiego, by wyleczyć Minę. Pomimo protestów, została zmuszona do zażycia lekarstwa. Lecz niestety zamiast wyzdrowieć, jej ciało dosłownie się roztopiło. Okazuje się, że sztukmistrz oszukał ich, żeby przeprowadzić eksperyment kondensancji duszy.Na szczęście dla innych ludzi nieudany. Matthew się załamał i niczym opętany poszedł po więcej kotów na lekarstwo. Zabił go tamtejszy król kotów, a za karę zamiast zwykłej śmierci został zapieczętowany. Po dowiedzeniu się jak powstało zakażenie oraz czym jest, Chise została poproszona przez duszę Miny, żeby ich zniszczyła, ale ona w całej swojej dobroci nie mogła tego zrobić, dlatego wykorzystując swoją moc wskazała im drogę do zaświatów. Po oczyszczeniu skażenia, Chise odeszła wraz z Eliasem i podczas rozmowy z nim dowiedziała się między innymi, że pozostały jej trzy lata życia. Lecz na chwilę obecną z powodu dużego zużycia mocy straciła tylko przytomność.

Na razie tyle. Postanowiłam podzielić ten tomik na dwie części, ponieważ są tam dwie dość rozbudowane historie, co widać wyżej jak dużo mi jedna zajęła. Tak więc druga będzie za tydzień. ;) Zacznie się od strony na obrazku obok, czyli rozdziału pod wdzięcznym tytułem "królowa wróżek".
Chciałam jeszcze podziękować Wam za odwiedzanie naszego bloga, bo zanim się obejrzałam, już przebiliście 1000 wyświetleń. Dziękuję bardzo, że pomimo naszej niesubordynacji wciąż nas nie porzuciliście. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej i jak dobijecie do 2000 to blog będzie prowadzony regularnie i oczywiście.. dokładnie? ciekawie? W każdym razie będzie widać, że wkładamy w niego naprawdę dużo pracy. :)
Shiroxx
I to by było na tyle, bo nie mam pojęcia co napisać. Napisałam, że będę pisać regularnie i tego nie zrobiłam. Mogłabym przepraszać, ale raczej nic to nie da, więc zamiast tego przejdę od razu do tematu posta. Nasza oblubienica. Tom drugi jest dostępny już od jakiegoś czasu. Ja też kupiłam go dość dawno, ale z powodu pewnych okoliczności nie mogłam Wam nic napisać.
Poprzednia część zakończyła się w momencie, gdy naszą piętnastoletnią Slay Vegę zaatakował Lenfred wraz ze swoim uczniem.Już od pierwszej strony mamy nowe pojęcia. W tym przypadku Pilum Moralis. Co lub kto to jest? Nie wiem, ale nazwany tak został Elias. Dowiadujemy się też, że tajemniczy Lenfred jest sztukmistrzem. A żeby nie przeciągać i już w pierwszych stronach zafundować nam dużą dawkę informacji, mamy kolejną wiadomość, którą jest bardzo krótki żywot naszej małej Chise.
No ale czarnoksiężnik chyba nie da jej tak szybko umrzeć, nie? żeby się tego dowiedzieć musimy iść dalej. Uczeń Lenfreda tłumaczy nam na czym polega moc Slay Vegi, absorbują i wykorzystują bardzo dużą ilość mocy przez co ich ciała nie wytrzymują obciążenia i wszystkie funkcje życiowe zamierają. W każdym razie dzięki temu, że Chise się oswobodziła z ramion sztukmistrza, Elias mógł za pomocą swoich cienistych cierni ją uratować. Nie zwracając uwagi na gości, czarnoksiężnik wysyła Slay Vegę, aby dokonała rytuału oczyszczenia. I w końcu wpadamy w wspomnienia skażenia. Pierwsze co w nim widzimy to mężczyzna, który jest głównym problemem kotów. Jego żona jest słabego zdrowia, a on szukając dla niej lekarstwa, zwraca się do nieznanego, wędrownego sztukmistrza. Sama nie wiem czy to było mądre z jego strony, no ale szukał pomocy wszędzie, więc nie zwracał na to uwagi. Właśnie od niego Matthew dowiaduje się, że jest tylko jedno lekarstwo. Poważnie, żeby tak łatwo zaufać nieznajomemu. Jego żona Mina pewnego dnia go szukała, a mieszkańcy wioski wskazali jej las gdzie znalazła chatkę, a widząc tam siekierę swojego męża weszła do środka. To co tam zobaczyła.. wielu by przeraziło. Martwe koty. Przyznajcie się. ile z was pomyślało z czego mogło być to lekarstwo? Widocznie Matthew posunie się do wszystkiego, by wyleczyć Minę. Pomimo protestów, została zmuszona do zażycia lekarstwa. Lecz niestety zamiast wyzdrowieć, jej ciało dosłownie się roztopiło. Okazuje się, że sztukmistrz oszukał ich, żeby przeprowadzić eksperyment kondensancji duszy.Na szczęście dla innych ludzi nieudany. Matthew się załamał i niczym opętany poszedł po więcej kotów na lekarstwo. Zabił go tamtejszy król kotów, a za karę zamiast zwykłej śmierci został zapieczętowany. Po dowiedzeniu się jak powstało zakażenie oraz czym jest, Chise została poproszona przez duszę Miny, żeby ich zniszczyła, ale ona w całej swojej dobroci nie mogła tego zrobić, dlatego wykorzystując swoją moc wskazała im drogę do zaświatów. Po oczyszczeniu skażenia, Chise odeszła wraz z Eliasem i podczas rozmowy z nim dowiedziała się między innymi, że pozostały jej trzy lata życia. Lecz na chwilę obecną z powodu dużego zużycia mocy straciła tylko przytomność.

Na razie tyle. Postanowiłam podzielić ten tomik na dwie części, ponieważ są tam dwie dość rozbudowane historie, co widać wyżej jak dużo mi jedna zajęła. Tak więc druga będzie za tydzień. ;) Zacznie się od strony na obrazku obok, czyli rozdziału pod wdzięcznym tytułem "królowa wróżek".
Chciałam jeszcze podziękować Wam za odwiedzanie naszego bloga, bo zanim się obejrzałam, już przebiliście 1000 wyświetleń. Dziękuję bardzo, że pomimo naszej niesubordynacji wciąż nas nie porzuciliście. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej i jak dobijecie do 2000 to blog będzie prowadzony regularnie i oczywiście.. dokładnie? ciekawie? W każdym razie będzie widać, że wkładamy w niego naprawdę dużo pracy. :)
Shiroxx
czwartek, 20 sierpnia 2015
Naznaczony. Część pierwsza. ♥
Siemanko.. ;* Wracamy po dłuugiej przerwie. :o Jak tam mijają wakacje? Myślę, że dobrze. :3 No nicz wrzucam Wam tu moje stare opowiadanko. ;*
Miłej lektury. ;*
______________________________
- Kim jesteś? - Zapytałem po chwili, odsuwając go od siebie.
-Aniołem... - odpowiedział.
Obudziłem się. To był tylko sen. Zły sen. Zauważyłem, że pościel jest mokra od potu. Podobnie jak koszulka klejąca się do torsu i pleców. Spojrzałem na zegarek, który leżał na szafce nocnej obok łóżka. Była druga nad ranem.
Koszmar ten nawiedzał mnie co noc, po obudzeniu się, na ustach czułem słodki smak czekolady, a w miejscu gdzie tkwił patyk, widniał dziwny Znak...
__________
Mam nadzieję, że się spodoba. :D Miłej lektury jeszcze raz.
Pozdrawiam. Sousuke.
Miłej lektury. ;*
______________________________
Naznaczony. Prolog.
Biegłem przez ciemny las. Nie wiedziałem jak długo przed NIMI uciekam. Nie miałem pojęcia kim byli i czego ode mnie chcieli, wiedziałem tylko, że są niezwykle niebezpieczni. Nie odwracając się, goniłem przed siebie ile sił w nogach. Żałowałem tego, że opuszczałem lekcje wychowania fizycznego. Gdy kroki za mną ucichły, zatrzymałem się, żeby chociaż na chwilę odpocząć i złapać oddech. Powietrze było wilgotne. Moje ciemne, krótkie włosy kleiły mi się do spoconego czoła. Wokół było czuć zapach stęchlizny i krwi. Nagle, tuż za moimi plecami usłyszałem trzask łamanej gałęzi. Odwróciłem się powoli w kierunku, z którego dobiegł mnie dźwięk. Serce dudniło mi w piersi. Było tak ciemno, że widziałem tylko kontury drzew, których cienie tworzyły rozmaite, przerażające kształty. W pewnym momencie zauważyłem, że zza jednego z nich wychodzą zakapturzone postacie. To byli ONI. W rękach trzymali długie miecze. Ogarnął mnie paraliżujący lęk. Nie mogłem ruszyć się z miejsca. Serce biło mi tak szybko, jakby chciało wydostać się z piersi. Broń nieznajomych emanowała demoniczną energią. Nie wiedziałem skąd posiadam wiedzę na ten temat, po prostu to wiedziałem. Ostrza ich mieczy mieniły sie na czerwono. Gdy zbliżyli je do twarzy, zamarłem. Z mojego gardła wydostał się stłumiony krzyk. ICH oczy były czarne, pozbawione białek. Usta mieli pozszywane, wykrzywione w przerażającym grymasie. Paraliż ustąpił jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Odwróciłem się i znów zacząłem biec nie zważając na ciernie raniące moja twarz, ręce i tors. Niestety ucieczka nie trwała długo. Zaplątałem nogę o jakieś pnącza. Upadłem, wbijając w ramię wystający z ziemi kawałek patyka. Poczułem przeszywający ból. Wydałem z siebie tylko ciche jęknięcie, gdyż nie miałem siły na krzyk. Wiedziałem, że to już koniec, że ONI mnie dorwą i wykończą. Słyszałem ICH kroki. Zbliżali się, byli tuż za mną. Mój oddech przyśpieszył tak jak i bicie serca. Gdy mieli zatopić ostrza mieczy w moich plecach, ktoś zeskoczył z drzewa na zakapturzone postacie. Czułem jak drży ziemia od upadków bezwładnych ciał zjaw. Odwróciłem się ostrożnie i wtedy go ujrzałem. Był piękny. Wysoki, jasnowłosy Anioł. Walczył z gracją, nadzwyczajną szybkością, sprawnością oraz precyzją. Posługiwał się bronią z niezwykłą lekkością. Zakapturzone postacie padały jedna po drugiej i rozpływały się w powietrzu, zostawiając przy tym zapach palonej siarki. Gdy zabił ostatniego stwora, spojrzał w moją stronę. Jego oczy były koloru bezchmurnego nieba. W ręce trzymał zakrwawiony sztylet, od którego bił jasny blask. Odciął nim pnącza, splątane na mojej nodze. Podszedł do mnie, dotknął krwawiącej rany, z której wystawał kawałek patyka, wymruczał coś pod nosem i odsunął rękę. Gdy spojrzałem na ramię zdziwiłem się, bo po ranie nie zostało śladu. Nieznajomy chłopak zrobił tak z pozostałymi skaleczeniami. Gdy skończył ujął moje dłonie. Pozwoliłem dźwignąć się z pytającym wyrazem w oczach. Chłopak przyciągnął mnie do siebie. Poczułem zapach szamponu, mydła i słońca. Nagle jego usta przywarły do moich sinych, popękanych warg. Serce galopowało mi w piersi. Poczułem smak czekolady. Odwzajemniłem pocałunek. Nieznajomy wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia i wsunął mi dłonie pod rozerwaną koszulkę. Jego palce były zimne. Naparł na mnie ciałem przyciskając do drzewa i żarliwie całując. Nie miałem nic przeciwko temu.- Kim jesteś? - Zapytałem po chwili, odsuwając go od siebie.
-Aniołem... - odpowiedział.
Obudziłem się. To był tylko sen. Zły sen. Zauważyłem, że pościel jest mokra od potu. Podobnie jak koszulka klejąca się do torsu i pleców. Spojrzałem na zegarek, który leżał na szafce nocnej obok łóżka. Była druga nad ranem.
Koszmar ten nawiedzał mnie co noc, po obudzeniu się, na ustach czułem słodki smak czekolady, a w miejscu gdzie tkwił patyk, widniał dziwny Znak...
__________
Mam nadzieję, że się spodoba. :D Miłej lektury jeszcze raz.
Pozdrawiam. Sousuke.
Subskrybuj:
Posty (Atom)